Szlak Karpacki, Szlak Graniczny lub jak podaje PTTK Szlak Rzeszów-Grybów to niesamowita przygoda z jednym z najdłuższych szlaków długodystansowych w Polsce. Długość jego jest dla mnie sprawą bardzo sprzeczną- oficjalne 423,4km nijak się mają do jego prawdziwej długości. Weźcie pod uwagę, że wyjdzie Wam grubo ponad 440km, więc można się pokusić o uznanie go drugim co do długości znakowanym szlakiem w naszym kraju.

Czy jest on najtrudniejszy i najdzikszy? Na to pytanie trudno mi odpowiedzieć, bo mam za małe doświadczenie i nie mam zbytnio z czym porównać. Jest na pewno trudny i logistycznie i kondycyjnie. Nawigacyjnie w początkowej jego części też jest kiepsko. Po drodze jest niewiele sklepów, a sieć agroturystyczna wymaga często jazdy na stopa. Po drodze możecie spotkać niedźwiedzia, a schroniska są aż 3. Nie jest on zbyt popularny i nie znajdziecie na nim zbyt wielu turystów, ale to akurat uznaję za jego zaletę. Nie ma limitu czasowego na jego przejście, ale nieoficjalnie uznaje się 16dni. Nam wyszło 17 dni, w tym 16 dni wędrówki. Jeżeli interesują Was technikalia: sprzęt, rozmieszczenie wiat, sklepów, źródeł to zapraszam do artykułu technicznego. Tutaj opowiem Wam trochę o samej wędrówce.

Dzień 1

Rzeszów-Jawornik Polski

Po całonocnej jeździe kilkoma pociągami i porannym slalomie po rzeszowskich ulicach z szalonym kierowcą autobusu, wylądowaliśmy na ulicy Rodzinnej. Z okolic rzeszowskiej stacji PKP odjeżdża autobus nr 37, który Was na Rodzinną zabierze. Niebieska kropka znajduje się na latarni, na prywatnej posesji, ale obok niej ktoś wymalował własny znak: Grybów 16 dni.

Ulica od razu pnie się w górę, żebyśmy nie zapomnieli, że wybraliśmy szlak górski. Nasz entuzjazm szybko opadł, bo dzień pierwszy to walka z asfaltami. Nie pomagała też temperatura sięgająca 30 stopni. Co jakiś czas pojawiał nam się widok na okoliczne wzgórza. Jak już wydawało nam się, że najgorsze mamy za sobą (piekące słońce na asfaltowej drodze przez 18,5km), weszliśmy do lasu.

Dość szybko okazało się, że nie będzie łatwo. Podejścia były częściowo rozjeżdżone przez sprzęt leśny i quady, znaków na drzewach jak na lekarstwo i do tego okrutnie wysokie chaszcze. Częściowo były wydeptane wąskie ścieżki przez poprzednich wędrowców, ale czasami trzeba było zatrzymywać się w zaroślach po pas i nawigować z aplikacji. W którymś momencie, w krzakach, blisko nas jakieś zwierzę wydało z siebie pomruk i pobiegło przez zarośla. Stary stwierdził, że to jeleń, a ja bardzo chciałam w to wierzyć. Okrutnie zwolniliśmy w tej drodze przez las i jak już wyszliśmy na asfalt, to było po zachodzie słońca.

Miejsce pod namiot znaleźliśmy blisko drogi i prawie po ciemku organizowaliśmy nocleg ok 2,5km przed Jawornikiem Polskim. Wiedzieliśmy już, że nie możemy planować szybkości marszu tak, jak na innych szlakach, że jest tu potrzebne więcej czasu na samo odnalezienie trasy. Zmęczenie spowodowało, że zasnęliśmy na momencie.

Długość trasy: 25,7km

Trudność trasy: trudna

Przewyższenia: 655m

Sklep: Borówki

Dzień 2

Jawornik Polski-Dylągowa

Całą noc w pobliskim gospodarstwie szczekał pies. Budziło nas to dość często, ale i tak udało nam się wyspać. Po kawie zebraliśmy się na śniadanie do Jawornika. Wyszliśmy na asfalt i kilkaset metrów od naszego noclegu znalazłam pierwszą niedźwiedzią kupę. Już nie byłam taka pewna co do tego jelenia z wcześniejszego dnia…

Po drodze do miasta minęliśmy uroczą przydrożną kapliczkę. W Jaworniku zrobiliśmy zakupy na cały dzień i zjedliśmy śniadanie pod urzędem gminy. Łukasz zaniósł też telefony do ładowania do pobliskiego zakładu fryzjerskiego. Nie było z tym najmniejszego problemu.

Szykował nam się znowu dzień pełen asfaltu i upału. Szło się całkiem dobrze, do Bachórza, oprócz szos, zaliczyliśmy też 2 wąwozy lessowe. Obiad zjedliśmy w „Karczmie pod Semaforem”, w której ostatnio jedliśmy 12 lat temu! Nadal świetnie gotują i mają całkiem spory wybór piw regionalnych. Odpoczynek był przyjemny i trudno było z niego zrezygnować.

Do Dynowa dotarliśmy już mocno spóźnieni. Szybkie zakupy w Biedronce, lody na rynku i dawaj do Parku Krajobrazowego Pogórza Przemyskiego. Tutaj na dzień dobry znaleźliśmy świetny punkt widokowy z przyjemnym miejscem do nocowania, ale było dużo za wcześnie. Później pojawiły się schody- okrutnie rozjeżdżone i błotniste drogi. Na szczęście upał zelżał i zaczęło robić się przyjemnie. Przed zachodem słońca zdobyliśmy pierwszy oznakowany szczyt- Pasieki (451mnpm) i poszliśmy dalej, bo pojawiły się ostrzeżenia o niedźwiedziach. Ostatecznie minęliśmy Dylągową i rozlokowaliśmy nasz namiot na łące przed lasem. Wieczór był tak ciepły, że po zmierzchu usiedliśmy jeszcze na chwilę przed namiotem, żeby nacieszyć się właściwie ostatnią tak przyjemną nocą. Szlak Karpacki dzisiaj nas rozpieszczał 😉

Długość trasy: 28,1km

Trudność trasy: łatwa

Przewyższenie: 562m

Sklepy: Jawornik Polski, Dynów

Restauracja: Karczma pod Semaforem

Szlak Karpacki dzień 3

Dylągowa-Krasice

Plan był prosty- dotrzeć do sklepu w Olszanach. Jedyna możliwość zrobienia zakupów tego dnia to znajdujący się dobrze ponad 30km od nas sklep w Olszanach. Łatwiej się idzie, mając wyznaczone niewielkie cele po drodze. Jednak żeby tam dotrzeć, trzeba było pokonać niełatwy fragment szlaku. Nasza leśna droga szybko zamieniła się najpierw w chaszcz, a później w miejsce prac leśnych. Trzeba było obchodzić bezładnie rozrzucone gałęzie, a ścieżka całkowicie została rozjechana przez ciężki sprzęt.

Odetchnęliśmy trochę w Piątkowej. Była niedziela przed 9:00, a przed nami misja woda. Przy domach nikt się nie kręcił, więc poszliśmy pod kościół. Stamtąd pokierowano nas do najbliższego gospodarstwa. Dostaliśmy wodę, a po drodze poczęstowaliśmy się leżącymi pod drzewem jabłkami. Tak zaopatrzeni, zjedliśmy śniadanie we wiacie starszej pani i ruszyliśmy w stronę Sufczyny. Szło się całkiem dobrze, szczególnie, że na wejściu jest informacja o niedźwiedziach. To zawsze przyspiesza ruchy. Szlak był ścieżką, która istniała, aż do zejścia do wsi. Tu się wydarzyła jakaś gruba pomyłka. Rośliny sięgały ponad 2óch metrów i nic nie było widać. Prowadziła nas wąska ścieżka pomiędzy nimi, wydeptana przez wcześniej przechodzących tędy wędrowców. Jest to najgorszy fragment całego Szlaku Karpackiego.

Słońce dalej nie dawało za wygraną. W Sufczynie jest rzeczka, w której spłukaliśmy trochę pył i pot. Zajrzeliśmy też do niewielkiego, oznaczonego na mapach schronu turystycznego. Niewielki domek był pijacką meliną ze starą wersalką i górą pustych butelek i puszek.

Za Sufczyną wspięliśmy się na wzniesienie i zrobiliśmy przerwę obiadową. Stąd też zaczęły się całkiem przyjemne widoki na Pogórze Przemyskie, bo niestety większość dnia idzie się przez las. Na zejściu na Hutę Brzuską otworzyła się przed nami przepiękna dolina. Niestety stamtąd, po uzupełnieniu wody, czekała nas ostra wspinaczka pod górkę, znowu w pełnym słońcu, za to z widokami.

Ostoja niedźwiedzia

7 km do Krzeczkowic idzie się przez… ostoję niedźwiedzia. Szlak wiedzie po szutrowej drodze, kilometry idą szybko, ale stres jest. Rozmawialiśmy głośno, żeby dać znać misiowi, że idziemy i nie chcemy na niego wpaść przypadkiem. Od wsi do Olszan postanowiliśmy już iść asfaltem obok szlaku, bo spodziewaliśmy się problemów chaszczowych. 3km nieuczęszczanego przez nikogo fragmentu, bo obok jest droga brzmi logicznie. Nikt z mieszkańców nie będzie się pchał do lasu, gdzie można spotkać niedźwiedzia, jeżeli można bezpieczniej drogą. Zrobiliśmy tak samo i w Olszanach wylądowaliśmy o 18:30. Nocleg zorganizowaliśmy sobie na łące przy Sanie, niedaleko mostu.

Długość trasy: 33,4km

Trudność trasy: trudna

Przewyższenie: 729m

Sklep: Olszany

Dzień 4

Krasice-Huwniki

Noc można zaliczyć do udanych. Biegające po Sanie jelenie robiły sporo hałasu, było też słychać rykowisko. Jednak zmęczenie robi swoje i większość nocy twardo przespałam. Poranek był rześki. Wypiliśmy szybką kawę i zwinęliśmy namiot. Pierwszą przerwę zrobiliśmy na moście, żeby skorzystać z promieni słonecznych. Po wodzie snuły się mgły, dzieciaki czekały na szkolny autobus. Śniadanie zjedliśmy pod sklepem w Korytnikach, ponownie przeszliśmy przez San i wylądowaliśmy w Krasiczynie. Na zwiedzanie zamku było za wcześnie, więc ogarnęliśmy nocleg w Huwnikach i już nie mieliśmy innego wyjścia, jak tam dojść.

Z Krasiczyna dość stromymi podejściami w lesie doszliśmy do fortu Prałkowce. Po drodze wypadło nam pierwsze 100km szlaku. Fort był jednym z elementów twierdzy Przemyśl. W 1915r został wysadzony, a później częściowo rozebrany. Ciekawostką tego miejsca są doskonale zachowane…. toalety 🙂

Od fortu schodzimy na Prałkowce i stąd okropnie nużącym szutrem wędrujemy w górę najpierw na dawno nie odświeżany punkt widokowy na Przemyśl, a później aż do skrętu szlaku na Kalwarię Pacławską. Przed nami dojście na najwyższe wzniesienie tego dnia i pierwszy konkretny punkt widokowy- Szybenicę. Znowu idziemy w chaszczach, od czasu do czasu mijając kupę niedźwiedzia. Na szczęście producenta odchodów nie widzieliśmy.

Zmienia nam się pogoda i robi się pochmurnie. Z Szybenicy schodzimy łąką i docieramy do asfaltu. W Gruszkowej częstujemy się jabłkami spod drzewa i resztką sił kierujemy się na ostatnie wzniesienie przed Huwnikami. Wpada mi tam do głowy myśl, że Szlak Karpacki jest właściwie łatwy w nawigowaniu- zawsze wybieraj najbardziej zarośniętą ścieżkę 🙂

Huwniki i niesamowita pani Ela

Do Huwników wchodzimy prawie po ciemku. Sprawdzamy do której jest otwarty sklep i idziemy do „Noclegów nad Wiarem”. Przemiła pani Ela udostępnia nam poddasze, gdzie mamy pokój, łazienkę i sporo miejsca na dosuszanie namiotu. Stary idzie do sklepu, ogarniamy media społecznościowe i wreszcie bierzemy konkretny prysznic! Robimy też pranie i kolację. Przy rozliczaniu noclegu rozmawiamy z gospodynią o naszej wyprawie i o Mateuszu dla którego prowadzimy zbiórkę. Pani Ela oddała nam 50zł prosząc żebyśmy dorzucili to do zbiórki. Jesteśmy niesamowicie zdziwieni i bardzo wdzięczni za tak bezinteresowną pomoc.

Długość trasy: 33,9km

Trudność trasy: śrenia

Przewyższenie: 865m

Sklep: Korytniki, Krasiczyn, Huwniki

Nocleg: Noclegi nad Wiarem

Film na YT już się zrobił 🙂

Dzień 5

Huwniki- Przełęcz pod Brańcową

Nigdy mnie tak nogi nie bolały jak tego poranka. Do toalety szłam prawie na czworaka, bo moje stopy płonęły ogniem. Zastanawiałam się wtedy jak ja dam radę przejść dzisiaj prawie 30km? W planach było dojście przynajmniej do wiaty na przełęczy Pod Brańcową i kolejne paręset metrów przewyższenia.

Sprawy nie ułatwiał też siąpiący dzień i nic nie zapowiadało zmiany tej „sympatycznej” pogody.

Zakupy zrobiliśmy w Huwnikach na półtora dnia (kolejny sklep w Ustrzykach Dolnych). Nogi rozchodziły mi się w czasie pierwszych dwóch kilometrów i do Kalwarii Pacławskiej dotarliśmy w dobrych humorach. Pod kościołem panuje istny jarmark. Możecie kupić pamiątki, napić się kawki i generalnie jakoś nie pasuje to do skupienia i modlitwy pielgrzyma. Za Kalwarią zaczęło padać. Początkowo mżawka nie była jakaś okropnie upierdliwa. Weszliśmy na Żytne, gdzie Straż Graniczna ostrzegała nas przed nielegalnym przekroczeniem granicy z Ukrainą. Później szliśmy ogromny kawał drogą szutrową co w deszczu było całkiem przyjemną opcją. WSZYSTKIE wiatki tego dnia nie istniały lub nie nadawały się do zjedzenia posiłku na sucho. Pod hotelem Arłamów weszliśmy na teren lądowiska dla helikopterów i zjedliśmy śniadanie pod daszkiem od budynku ochrony. Przez ponad 20km ani razu nie usiedliśmy.

Nasze cholerne szczęścia w nieszczęściu 🙂

Za Arłamowem rozpadało się kompletnie… Nie można już było spodziewać się nieprzemoczonych rzeczy nawet w plecaku. Na szczęście wszystko spakowaliśmy w worki foliowe. Kiedy już myśleliśmy, że gorzej być nie może, to zejście z Roztoki do przełęczy pod Brańcową to była istna walka z mokrymi krzakami. Jeżeli mieliśmy jeszcze coś suchego, to już suche na pewno nie było.

Wiata na przełęczy była totalnie zaśmiecona, więc widać, że często używana. Nie był to wymarzony nocleg, więc zaczęliśmy szukać alternatywy. Dodzwoniliśmy się do Jureczkowej, do noclegów u Małgorzaty, gdzie udało nam się w 5 minut ogarnąć spanie! Teraz trzeba jeszcze złapać stopa… Żeby stop mógł zakończyć się powodzeniem, muszą jeździć jakieś samochody… Zaczynało zmierzchać, a deszcz teraz już lał. Zatrzymało się pierwsze auto! Niesamowicie głupio nam było, bo mokrzy byliśmy niemiłosiernie, ale skorzystaliśmy i wysiedliśmy pod samą agroturystyką.

Nasze przemoczone buty i plecaki zostały zabrane do kotłowni w pobliże pieca, my dostaliśmy pokój z łazienką i… obiad! Lepiej dzień skończyć się nie mógł…

Długość trasy: 28,7

Trudność trasy: średnia

Przewyższenie: 769m

Sklep: Huwniki

Nocleg: Noclegi u Małgorzaty, Jureczkowa

Dzień 6

Przełęcz pod Brańcową- Równia

Miało już nie padać… Było wilgotno, mgliście i chłodno. Stopa z Jureczkowej niełatwo było złapać i już poważnie obawiałam się, że przyjdzie nam zrobić dodatkowe 4km. Na szczęście nie zdążyliśmy dojść do końca wsi i zatrzymał się samochód. Podczas tej niedługiej drogi zdążyliśmy opowiedzieć naszą historię szlaku i wysiąść… z 50zł na zbiórkę dla Mateusza. Rozczuliło mnie to kompletnie i pomimo niezbyt łaskawej pogody, znacznie poprawił mi się humor.

Po pierwszych 200m buty mieliśmy już mokre i nie można było liczyć na to, że szybko się to zmieni. Nad górami wisiały gęste chmury i już na Brańcowej weszliśmy w mgłę. Siąpił z niej lekki deszcz. Mokre trawy nieprzyjemnie pogłębiały dramat obuwniczy. Prawdziwym dramatem jednak okazały się nieprzebrane ilości błota. Z butów robiły się gliniaste narty, więc podchodzenie, szczególnie na Kamienną Lawortę dało nam nieźle popalić. Na szczycie spotkaliśmy właściwie pierwszego od 6 dni turystę. Do Ustrzyk zeszliśmy razem, a ja tak się zagadałam, że wyrżnęłabym przepięknego orła w błocie. Na szczęście zatrzymały mnie kijki.

Ustrzyki Dolne to jedyna miejscowość, w której ewentualnie uzupełnicie lub wymienicie sprzęt. Stary potrzebował skarpetek i nowej przeciwdeszczówki, bo jego nie nadawała się nawet na niewielki deszcz. Niestety udało się tylko kupić skarpetki. Uzupełniliśmy też zapasy jedzenia i poszliśmy na obiad. Z Ustrzyk wyszliśmy już dobrze po południu.

Na Gromadzyń wchodziliśmy w promieniach zachodzącego słońca. Pomimo niewielkiej ilości kilometrów czułam zmęczenie. Chodzenie w błocie jest ogromnie wymagające. Nocleg wypadł nam w Równi, w agroturystyce „Noclegi u Basi”, ok kilometr od szlaku.

Długość trasy: 19,5km

Trudność trasy: średnia

Przewyższenie: 880m

Sklep: Ustrzyki Dolne

Nocleg: Noclegi u Basi, Równia

Dzień 7

Równia-Polana

Poranek był mglisty i rześki. Chociaż nadal było mokro, wystarczyło poczekać aż podniosą się mgły. Wejście na Zawał do przyjemnych nie należy. Idzie się powoli i mozolnie, szybko nabierając wysokości. Przez chwilę myśleliśmy żeby wydłużyć sobie drogę i wejść na wieżę widokową, ale nie lubimy niepotrzebnie wydłużać sobie drogi.

Na równie stromym zejściu przestraszyliśmy jakiegoś zwierza w krzakach. Na pewno nie był mały, bo hałasu narobił sporo. Może to był niedźwiedź, może jeleń- tego się już nigdy nie dowiemy. W Teleśnicy Oszwarowej znajdziecie sklep. My nie mieliśmy szczęścia, bo sprzedawczyni rozchorowało się dziecko i sklep był nieczynny. Na szczęście kolejne zakupy można zrobić już na Polanie.

Dla mnie przejście z Teleśnicy do Polany to najbardziej stresujący fragment szlaku. Obecność niedźwiedzia była prawie namacalna. Nerwowo stukałam w kijki mając nadzieję, że nie zaskoczymy misiaka idącego raźnie tą samą ścieżką. Na błotnistym szlaku mijaliśmy jego świeże tropy idące w tą samą stronę co my. Niedawno przeszła też tędy wataha wilków. Były też ślady 1 pary butów.

Obiad zjedliśmy w ambonie myśliwskiej, niedaleko rozlewiska Sanu. Przez prace leśne i budowę drogi znowu mieliśmy koszmarne błoto i walczyliśmy o nieutopienie butów.

Dotarcie do asfaltu było ogromną ulgą. Stąd już tylko kilka kilometrów do „Bazy pod Otrytem”, a tam zupa meksykańska i piwo na uczczenie tego, że przeżyliśmy 😉 to była najszybciej pokonana przez nas droga.

Ludzie drogi

Macieja spotkaliśmy jak rozmawiał z właścicielem domu przy drodze. Okazało się, że ślady na szlaku należały do niego. Chwilę porozmawialiśmy i poszliśmy dalej. Drugi raz spotkaliśmy się w Bazie pod Otrytem. Okazało się, że wszyscy idziemy do Dwernika i w Polanie będziemy poszukiwać noclegu. Postanowiliśmy połączyć siły i razem znaleźć miejsce do spania. Pomógł nam właściciel baru i załatwił pokoje u księdza. W taki to sposób znowu nocowaliśmy pod dachem.

Długość trasy: 20,7km

Trudność trasy: trudna

Przewyższenie: 562m

Sklep: Teleśnica Oszwarowa, Polana

Nocleg: Salezjański Dom Młodzieżowy w Polanie

Dzień 8

Polana- Widełki

Jak wychodziliśmy z pokoju Maciek jeszcze spał. Zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy na szlak. Jeszcze przed zejściem z asfaltu zauważyliśmy biegające luzem dwa ogromne berneńczyki. Nie mieliśmy jak ich ominąć, więc liczyliśmy na ich łagodne usposobienie. Niestety przez kilka dobrych minut musieliśmy odganiać je kijkami, zanim zjawił się łaskawie ich opiekun i przywołał.

Dobrze już rozgrzani wspinaliśmy się na Otryt. Towarzyszyły nam ogromne niedźwiedzie kupy i to jeszcze całkiem świeże. Większość trasy przebiega po szutrze, a w tle słychać było prace leśne. Dawało nam to szansę ominięcia spotkania z misiem. W partiach szczytowych pogoda się zmieniła i znowu weszliśmy we mgłę. Na szczęście na krótko.

Tempo mieliśmy niesamowite. Dość wcześnie dotarliśmy do Chaty Filozofów, gdzie trwały warsztaty rzeźbiarskie. Pogoda była już idealna. Ciepło, słonecznie, przeszkadzał tylko zapach z wychodka, który roztaczał się nad całym otoczeniem schroniska. Zjedliśmy śniadanie na punkcie widokowym i ruszyliśmy w stronę Dwernika. Zejście początkowo jest przyjemne, jednak później stopniowo robi się coraz bardziej strome, jest też mocno zerodowane.

W Dwerniku Stary liczył na sklepik/bar. Było bardzo ciepło i zimne piwo wydawało się być spełnieniem marzeń 🙂 Zauważyliśmy unoszący się dym z komina na polu namiotowym. Zachęceni tym weszliśmy na teren. Okazało się, że to przygotowania do wesela „pod chmurką”. Zostaliśmy ugoszczeni, z zaproszeniem na wieczorną uroczystość. Niestety przed nami było jeszcze sporo do zrobienia…

Ta cholerna Magura Stuposiańska

Wtedy myślałam, że już gorszego szczytu nie będzie. Szlak na Magurę piął się ostro pod górkę. Jak już zdobyłeś jakąś konkretną wysokość, to trzeba było zejść kilkanaście metrów w dół. Czuliśmy już też porywy wiatru, które zapowiadały burzę. Przez gościnę w Dwerniku musieliśmy zagęszczać ruchy, a Magura nam tego nie ułatwiała.

Ze szczytu nie widać nic. Wiało konkretnie, więc odpoczynek nie miał sensu. Z góry, z tak dużym plecakiem zbiegać się nie da. W tych wysokich, bukowych drzewach i ogromnie stromych skarpach było to niebezpieczne. Chmury burzowe przykryły niebo i w tych liściastych drzewach zrobiło się ciemno. Zejście trwało w nieskończoność. Słychać już było szosę, a my nadal byliśmy w czarnej dupie. Wyszliśmy na Widełki po zachodzie słońca, a wydawało się że już po zmroku. O asfalt zaczęły uderzać pierwsze krople deszczu. Złapaliśmy stopa dość szybko, 3 bądź 4 samochód. Wtedy właśnie lunął deszcz. Czas na dzień „0” w Ustrzykach Dolnych.

Długość trasy: 30km

Trudność trasy: trudna

Przewyższenie: 1328m

Sklep: Polana, w schronisku na Otrycie nie ma baru!

Nocleg: Ustrzyki Górne, sympatyczna starsza Pani, która czasami udostępnia piętro domu dla gości 🙂

Dzień 9

Widełki – Ustrzyki Górne

Złapanie stopa z Ustrzyk z powrotem na Widełki nie było trudne. Zabrało nas pierwsze auto. Szkoda, że przejechało dopiero po godzinie oczekiwania. Przez godzinę nie przejechał ani jeden samochód 🙂

Pogoda była bardzo ładna, więc szło się niesamowicie przyjemnie. Plecaki mieliśmy prawie puste, bo zostawiliśmy rzeczy w pokoju. W pierwszym etapie wędrówki szliśmy przez bukowy las na Szołtynię. Szlak piął się niezbyt stromo, a przez drzewa przebijało się słońce. Po wyjściu na połoninę pogoda zaczęła się zmieniać, zrobiło się wietrznie, ale widoki były przepiękne. Przeszliśmy przez Bukowe Berdo i zahaczyliśmy o Tarnicę, chociaż szlak ją omija. Był to jedyny dzień w którym spotkaliśmy większą ilość ludzi na szlaku. Zejście do Wołosatego, po kamienno-drewnianych „stopniach” do najprzyjemniejszych nie należało, ale dzień był bardzo udany. Nie przeszkadzał nam nawet asfalt pomiędzy miejscowościami. Dzień zakończyliśmy szybko, mimo przebytych kilometrów. Już o 16:00 zameldowaliśmy się w Ustrzykach.

Długość trasy: 24,5km

Trudność trasy: średnia

Przewyższenie: 1020m

Sklep: Ustrzyki Górne

Nocleg: Ustrzyki Górne, sympatyczna starsza Pani, która czasami udostępnia piętro dla gości

Leave a comment