Czerwony Szlak Kaszubski to najdłuższy szlak pieszy na Kaszubach i drugi co do długości w województwie pomorskim. Swoim zasięgiem obejmuje 2 parki krajobrazowe- Kaszubski i Wdzydzki, ośrodki kultu religijnego w Sierakowicach i Sianowie i kilka ważnych miejscowości turystycznych. Wiedzie przez pofałdowane tereny Szwajcarii Kaszubskiej i pozwala na odwiedzenie ciekawych punktów widokowych. Przede wszystkim jednak daje możliwość poznania tego terenu z punktu widzenia turysty pieszego.

Przez 6 dni spotkaliśmy tylko 1 osobę, która przemierzała fragment tego szlaku. Nie można więc powiedzieć, że cieszy się on szczególną popularnością. Szkoda, bo jest ciekawy, łatwy w organizacji i nietrudny technicznie.

Liczne wsie pozwalają na codzienne zakupy, a bary i restauracje na ciepłe posiłki bez użycia kuchenki gazowej. Z racji, że są to tereny turystyczne, nie powinno być problemów ze znalezieniem legalnych noclegów- zarówno pod dachem jak i pod namiotem. My jednak wybraliśmy noclegi na dziko, poza dniem z gradobiciem 🙂

Przez cały artykuł będę szczerze namawiała na podjęcie się przez Was wyzwania 142km, aczkolwiek nie pominę minusów i niedogodności, bo takie też napotkaliśmy. Nie ma idealnych szlaków długodystansowych.

Czerwony Szlak Kaszubski dzień 1

Sierakowice-Mirachowo

Wędrówkę zaczynamy 1go maja, przy kościele w Sierakowicach. Wita nas dobrze już wysłużona i wytarta czerwona kropka. Robimy pamiątkowe zdjęcie razem z Markiem (Siwym), który przywiózł nas na początek szlaku i będzie naszym aniołem aż do samego końca.

Pierwsze 2 kilometry wiodą przez wieś. Nie znajdziecie tu nic ciekawego poza przywiezionym tu z Pelplina ołtarzem polowym. W 1999r papież Jan Paweł II odwiedził Pelplin i odprawił mszę właśnie na tym ołtarzu. Zaraz za wsią schodzimy z asfaltu i idziemy przez pola, żeby za moment wrócić na tenże asfalt z powrotem. Stąd już na szczęście polną drogą idziemy w stronę lasu.

Komary były nieodłączną częścią całej wędrówki. Po pewnym czasie przyzwyczailiśmy się do nich, ale pierwsze zderzenie z taką ilością tych małych krwiopijców było okropne. Od razu jak weszliśmy w las opadła nas chmara owadów. Mieliśmy ze sobą Muggę, która na pewien czas odgoniła komary, ale spowodowała, że skóra zaczęła nam się kleić i nie wiadomo było, co gorsze. Zaraz za lasem rozpoczęły się pierwsze zabudowania Kamienicy Królewskiej. Z polnej, piaszczystej drogi mieliśmy całkiem ładny widok na Jezioro Kamienieckie.

Żeby odwiedzić sklep w Kamienicy zeszliśmy ze szlaku. Niestety akurat 1go maja był on nieczynny. Nie udało nam się również kupić lodów w pobliskiej budce, bo zepsuła się zamrażarka. Z lekkim zawodem opuściliśmy wieś i na wysokości torów kolejowych wróciliśmy na szlak. Fragment wzdłuż jeziora Junno to droga wzdłuż płotu i widoku na jezioro przez siatkę. Nie ma możliwości zejścia na brzeg.

Lasy Mirachowskie

W lasy Mirachowskie weszliśmy już we troje. Do naszej ekipy dołączył Jacek, który dosłownie wyszedł z krzaków. Po krótkim przywitaniu i określeniu kto gdzie i dokąd idzie, postanowiliśmy kontynuować nasz „spacer” wspólnie. Przez dodatkowe towarzystwo i rozmowy kilometry leciały same. Weszliśmy do rezerwatu Szczelina Lechicka i zaraz za mostkiem zrobiliśmy przerwę późnośniadaniową. Po krótkim odpoczynku czekało nas podejście na punkt widokowy na Szczelinę Lechicką. Lasy Mirachowskie to niezwykle piękny fragment szlaku. Wysokie, proste buki porastają wzgórza wznoszące się dookoła jezior rynnowych. Pomimo, że byliśmy tu już kilkukrotnie, za każdym razem robią na mnie wrażenie. Przez rezerwat prowadzi też ścieżka edukacyjna, której opis znajdziecie już na blogu: Rezerwat Lubygość- Kaszubski Park Krajobrazowy.

Jezioro Lubygość mijamy z prawej strony i dochodzimy do skrzyżowania z drogą prowadzącą do leśniczówki. Tutaj macie możliwość legalnego skorzystania z kempingu, po zaanonsowaniu się u leśniczego. Kemping kosztuje kilka złotych. My natomiast idziemy dalej, pniemy się pod górkę aż do Jeziora Kamiennego. Przed Kamienną Górą okazuje się, że przeszliśmy już 20km. Nad jeziorem Kamiennym największą atrakcją jest sporej wielkości głaz narzutowy. Od jeziora szlak najpierw szutrem, a później betonowymi blokami prowadzi do drogi asfaltowej. Przez chwilę, do Nowej Huty klepiemy asfalcik i przez wieś schodzimy na niezwykle urocze łąki. W ten sposób docieramy do naszego pierwszego miejsca noclegowego nad bezimiennym strumykiem.

Długość trasy: 24,5km

Trudność trasy: łatwa

Sklepy: Sierakowice, Kamienica Królewska

Dzień 2

Mirachowo-Kartuzy

Poranek przywitał nas okropną kondensacją. Namiot rozbiliśmy nie dość, że przy rzece to jeszcze na odkrytym terenie, więc miało się co skraplać. Po dwóch godzinach suszenia ruszyliśmy wreszcie w stronę Mirachowa. We wsi są przynajmniej 2 sklepy i w jednym z nich zrobiliśmy zakupy. Za Mirachowem weszliśmy znowu w przyjemny, bukowy las, który zaprowadził nas do Sianowa. Przez pewien czas towarzyszyła nam bardzo sympatyczna suczka. Gdy już się obawialiśmy, że nie da rady sama wrócić do domu, okazało się, że jest powszechnie znanym łazęgą :-).

W Sianowie oprócz sklepu i apteki znajdziecie również Sanktuarium Matki Boskiej Królowej Kaszub. Figurka Matki Boskiej przywędrowała do Sianowa już w 1410r. Po tym czasie kościół spłonął dwukrotnie, dwukrotnie oszczędzając figurkę. W latach 60tych ubiegłego stulecia koronowano Matkę Boską na królową Kaszub.

Od Sianowa aż do Kartuz nie spotkacie już sklepu. Polnymi drogami i asfaltami przez Sianowską Hutę, Pomieczyńską Hutę docieramy do Sitnej Góry i jeziora Białego. Znajduje się tu kartuskie kąpielisko miejskie i jest to kolejne miejsce gdzie możecie legalnie kempingować. Spora trawiasta plaża jest chętnie odwiedzana przez lokalsów, więc nie ma co liczyć na kameralny pobyt. Jest tu głośno i brudno. Brakuje też toalety.

Kartuzy

Najprzyjemniejszą częścią wędrówki tego dnia jest przejście lasami i łąkami do Kartuz. Przy jeziorze Klasztornym Dużym idziemy przy samym brzegu, korzystając z wąskiej, słabo wydeptanej ścieżki. Przed samym miastem zmienia się ona w deptak miejskiego parku. Z brzegu jeziora jest piękny widok na Zespół Poklasztorny Kartuzów. Samego miasta jest na trasie szlaku niewiele. My, żeby coś zjeść, odeszliśmy prawie kilometr do centrum miasta.

Zaraz za Kartuzami wchodzimy w bukowy las. Ilość komarów jest tu ogromna i bez Muggi nie dajemy rady. Przed samym noclegiem musimy jej użyć, bo owady nie pozwalają nam na swobodną wędrówkę. Przez nie też ogromnie wybrzydzamy z noclegiem i ostatecznie kończymy na wzniesieniu w środku lasu. Za to bez towarzystwa komarów.

Długość trasy: 29,5km

Trudność trasy: łatwa

Sklepy: Mirachowo, Sianowo, Kartuzy

Dzień 3

Karuzy-Pierszczewko

Nie znudził Wam się jeszcze Czerwony Szlak Kaszubski prawda?

Wstaliśmy o 6:00 i tym razem szybko udało nam się zwinąć obozowisko. Dzięki drzewom namiot był zupełnie suchy. Wróciliśmy na szlak i po godzinnym marszu przez las, dotarliśmy do Chmielna. Wejście do wsi prowadzi przez przesmyk pomiędzy dwoma jeziorami. Jest to niesamowicie urocze miejsce, jednak my mieliśmy inny cel- zorganizować sobie coś na śniadanie i dopiero wtedy zrobić postój. Z racji wczesnej pory zahaczyliśmy tylko o sklep i zorganizowaliśmy sobie posiłek na drewnianym podeście nad jeziorem.

Okazało się, że zaraz za Chmielnem znajduje się na naszej trasie przystanek do wodowania kajaków z bardzo przyjemną infrastrukturą turystyczną. Tutaj też możecie spokojnie i bezproblemowo zanocować.

Z Chmielna do Ręboszewa idzie się przede wszystkim przez pola. Raz asfaltem, raz polną drogą, ale generalnie bez większej ilości cienia. Pogoda nam dopisywała i okrutnie grzało słońce. Marzyliśmy więc o czymś zimnym i jak tylko weszliśmy do wsi, to nasze nogi powiodły nas do restauracji Modra Sobótka, znajdującej się pod wiatrakiem w Ręboszewie. Chłodnik i zimne piwo- to był cel naszego pobytu w tej ciekawej, regionalnej jadłodajni.

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy znów wśród pól i z rzadka lasów do Ostrzyc. Po drodze mieliśmy widoki na jeziora leżące poniżej naszej drogi, bo teren jest tu dość mocno pofałdowany. Gdzieś pomiędzy wsiami wpadł nam 70 kilometr, a więc połowa dystansu.

Ostrzyce to ogromnie turystyczna wioska z racji swojego niesamowitego położenia. Leży nad jeziorami Raduńskimi w centralnej części Szwajcarii Kaszubskiej. W niedalekiej odległości znajdziecie najwyższy szczyt Polski północnej- Wieżycę. O najciekawszych miejscach tej okolicy pisałam już kiedyś Okolice Kartuz- tylko Szymbark i Wieżyca?. Z racji niedalekiej odległości od Trójmiasta, Ostrzyce są chętnie odwiedzane przez rzesze turystów. My postanowiliśmy zjeść tu obiad i ogarnąć zakupy na kolejny poranek.

Nie zawsze szlak ma sens…

Za wsią Czerwony Szlak Kaszubski obiera swój najbardziej bezsensowny kierunek. Wchodzimy na bukowe wzgórza zamiast iść drogą wzdłuż jeziora. Na szczycie nie znajduje się żaden punkt widokowy, a do jeziora trzeba z powrotem zejść. Mając za sobą 25km wędrówki wydaje się to być poronionym pomysłem. Dobrze upoceni i pogryzieni przez nowe stada komarów, docieramy do jeziora Ostrzyckiego, a wzdłuż niego najpierw do wsi Krzeszna, a później Pierszczewko. Dopiero za Pierszczewkiem udaje się nam znaleźć kawałek lasu, w którym nikomu nie będzie przeszkadzał nasz namiot.

Długość trasy: 30km

Trudność trasy: średnia- sporo wzniesień

Sklepy: Chmielno, Ręboszewo, Ostrzyce, Krzeszna

Przejście szlaku znajdziesz również na YT!

Dzień 4

Pierszczewko-Fingrowa Huta

To nie był najlepszy poranek. Przez całą noc po jeziorze niosła się muzyka z imprezy. Mimo zmęczenia, trudno było spać i nie słyszeć tych dodatkowych dźwięków. Zmęczeni zwlekliśmy się wcześnie rano i już było gorąco. Czekał nas najcieplejszy dzień wyprawy. Po szybkim ogarnięciu biwaku wróciliśmy na szlak. Pierwsza część to okolice rezerwatu Ostrzycki Las. Droga prowadziła przez piękną buczynę aż do niewielkiego jeziorka.

Później już trochę mniej ciekawie- wchodzimy na asfalt i przez wsie Nowe i Stare Czaple idziemy do Gołubia. Sporo tu asfaltu i nasłonecznienia. W Gołubiu można zrobić zakupy, więc znowu nie trzeba nosić prowiantu. Okazuje się również, że nad jeziorem Dąbrowskim, przy gminnej plaży, jest niewielki bar otwarty już od 11:00. Jemy tam najbardziej niezdrowe śniadanie (frytki i zapiekanki) i korzystamy z cienia pod parasolami. Mi już konkretnie dokucza odcisk na śródstopiu, więc moczenie nóg w zimnej wodzie przynosi pewnie ukojenie- przynajmniej na chwilę.

Niestety opuszczamy gościnne progi Gołubia i wzdłuż jeziora kierujemy się w stronę Skorzewa. Po drodze mijamy całe mnóstwo pogrodzonych działek i tabliczek z zakazem przejścia na leśnych drogach. Przed jeziorem Długim na trasie szlaku wyrasta nam nawet brama. Dzięki uprzejmości pani z działki obok, dowiadujemy się, że trzeba obejść ten fragment górą wzdłuż płotu. Jestem ogromnie zniesmaczona podejściem ludzi do „własnej” prywatności, kosztem innych użytkowników jakby nie było lasów państwowych. Pomiędzy jeziorami, gdzieś na wysokości Starej Sikorskiej Huty świętujemy najważniejszą rzecz na szlaku długodystansowym- pierwsze 100km 🙂

Przed Skorzewem pęka mi pęcherz na stopie, co wybitnie utrudnia chodzenie. W upale, w pełnym nasłonecznieniu, kulejąc docieramy do wsi i kolejnego sklepu. Długo siedzimy w cieniu budynku, ciesząc się zimnymi napojami. W tym czasie zmienia się pogoda i nachodzą chmury, a z nimi upragniony wiatr. Dostajemy wiadomości, że nad Kościerzyną rozpętała się burza. Do nas dociera tylko zachmurzenie i mocne porywy wiatru.

Bezmyślność czy głupota?

Z tego powodu podnosimy tyłki i ruszamy znaleźć miejsce noclegowe, które wg mapy powinno być za 5-8km. Od Skorzewa do Częstkowa trasa wiedzie w większości przez pola, więc brak słońca był błogosławieństwem. Przechodzimy przez wieś i kierujemy się w stronę jeziora Wieprznickiego. Jednak na końcu wsi spotyka nas niespodzianka. Z nieogrodzonego gospodarstwa wybiega na nas agresywny, ogromny pies. Dobiega do nas i ujadając próbuje doskakiwać. Jego właściciel widząc to, krzyczy do nas: „proszę się nie przejmować, ja za wszystko zapłacę”. W kilku brzydkich słowach wyjaśniliśmy panu, co myślimy o jego pieniądzach. Odwołał psa, którego poczęstował kopniakiem. W kolejnych kilku brzydkich epitetach wyjaśniliśmy, co myślimy o kopaniu psa. Nic nam się nie stało, ale ilość adrenaliny i niepotrzebnych nerwów była ogromna.

Jezioro Wieprznickie ma stromy brzeg, więc nie nadaje się na nocleg. Cofamy się o ok kilometr i rozkładamy namiot w najpiękniejszym miejscu noclegowym tej wyprawy.

Długość trasy: 25km

Trudność trasy: łatwa

Sklepy: Gołubie, Skorzewo

Dzień 5

Fingrowa Huta-Grzybowski Młyn

W takich okolicznościach przyrody to nie przeszkadza nawet mokry namiot. Już rano wiedzieliśmy, że nasza dzisiejsza podróż musi skończyć się o 15:00. Oboje dostaliśmy alerty pogodowe, więc nie można było się łudzić, że burza z gradobiciem nas ominie. Jako, że odległość do pokonania nie była zbyt pokaźna, to też poranek mijał nam niespiesznie. Wysuszyliśmy namiot, wypiliśmy po 2 kawy, więc wzmocnieni podwójną dawką kofeiny ruszyliśmy w stronę Wieprznicy.

Mniej więcej w połowie stromego brzegu jeziora usłyszeliśmy szczekanie. Gdzieś z góry zostaliśmy zauważeni i konkretnie oszczekani. Niestety pies nie był zamknięty czy za płotem. Raźnie ruszył za nami, na szczęście nie zbliżając się do nas zbytnio. Odpuścił nam dopiero po jakichś 500m. Po wczorajszym bliskim spotkaniu i awanturze, już nie było mi do śmiechu, kiedy gonią nas psy i to ponad 20kg.

Przez Wieprznicę przeszliśmy w towarzystwie kolejnych dwóch szczekających za nami Burków, które trzeba było mieć na oku, żeby nie chwyciły za kostkę. Te na szczęście były małe, za to ogromnie upierdliwe. Od polnej drogi za wsią skończyły się nasze problemy z psami i już do końca szlaku mieliśmy spokój.

Zeszliśmy do jeziora Garczyn, mijając po drodze zabytkowy młyn. Szlak idzie tu blisko wody, przez wysoki i przyjemny las. Od ośrodka wypoczynkowego, pamiętającego dawne czasy, wchodzimy na drogę szutrową. Jest o tyle nieprzyjemna, że kręci się tu sporo samochodów. Niestety nie myślą o nas, tylko kurzą za każdym przejazdem. Do naszych spoconych ciał pył przyklejał się grubą warstwą.

Pierwszy raz podczas tej wycieczki docieramy do drogi krajowej. Jest to DK20 na fragmencie między Kościerzyną a Bytowem. Na szczęście przecinamy ją tylko, aby ścieżką rowerową kierować się w stronę Łubiany. Do wsi docieramy koło południa i jest okrutnie gorąco, czuć już burzę w powietrzu. Znajdujemy sklep, zjadamy na ławce śniadanie i odpoczywamy w cieniu drzewa. Przed nami najbardziej upalny, asfaltowy fragment.

Asfalt w pełnym słońcu

Drogę z Łubiany do Grzybowa niedawno wyasfaltowano. Myślę, że do niedawna była to szutrowa droga w lesie, ale niewygodnie się po niej jeździło samochodami. Więc mamy piękny, nowy asfalt, z wyciętym zapasem drzew dookoła. Widoki są niezłe, las jest bardzo ładny, ale nie ma ani grama cienia. W głowie mam tylko, że za kilka kilometrów wezmę normalny prysznic 🙂 Po bokach drogi od czasu do czasu pojawia się widok na jezioro, ale my skupiamy się na czym innym. W naszą stronę pędzi chmura burzowa. Kilka minut przed deszczem chronimy się w Grzybowskim Młynie, gdzie uzupełniamy zapasy energii.

Długość trasy: 17,5km

Trudność trasy: łatwa

Sklepy: Łubiana, Grzybowo

Czerwony Szlak Kaszubski Dzień 6

Grzybowski Młyn-Gołuń

Leave a comment